Dzień siódmy. Trasa: Karwia – Hel (51km).

Rano królewskie śniadanie w doborowym towarzystwie! Z Karolą nie możemy się spotkać ani u nas we Wrocławiu, ani u niej w Warszawie, więc widzimy się przypadkiem nad morzem. C’est la vie. I ruszamy, ostatni dzień, z zamiarem przespania się na Helu i następnego dnia – pooglądania Gdańska z perspektywy roweru. Nie wyszło, ale po kolei.
Do Władysławowa jedzie się drogą samochodową. Nie ma tragedii pod względem ruchu. Po drodze krótki postój w Rozewiu i już jedziemy dalej. Mimo, że był to nasz ostatni dzień jazdy, to było mi tak dobrze, że mogłabym jechać jeszcze raz taki dystans. Zwłaszcza, że od Władysławowa przez cały Półwysep Helski jedzie się świetną ścieżką rowerową i jest po prostu przecudnie, widoki chwilami jak w Czarnogórze/Chorwacji. Okej, może nie widoki, ale jakiś taki ogólny klimat. Niestety 6km przed Helem moja koza, która przez ostatnie 7 lat nie złapała nawet gumy, postanowiła umrzeć i pękła ośka w tylnym kole. Koniec jazdy, spacer z obciążonymi rowerami, męczarnia już pod koniec ostra. Ale Hel przecudny jest, więc przez to i przez nienaprawialny rower zostaliśmy tam dzień dłużej. Zwłaszcza, że na diabelskim polu namiotowym Hellkamp poznaliśmy ekipę takich oryginałów, że nie było możliwości uciec po jednym wieczorze.
Widok na Półwysep Helski z latarni w Rozewiu

Chałupy welcome to

Hell yeah w Chałupach

Taką ścieżką jedzie się od Władysławowa na Hel

Macgyver niestety nie dał rady

Koniec jazdy

D-day Hel. Nie bardzo wiedzieliśmy o co chodzi, okazało się, że od bodajże 8 lat na Helu co roku ma miejsce rekonstrukcja lądowania w Normandii
 i miasteczko wygląda tak jak widać. Najbardziej podobały nam się kobitki uszminkowane na czerwono, cudownie piękne, 
w towarzystwie wojskowych, po prostu… kto wymyśla takie rzeczy?!

W mieście przebywało około 200 osób poprzebieranych w mundury i nie tylko. Wieczorami zajmowali całe knajpy, wchodził na przykład „oficer” z dwiema pięknościami pod rękę, za nim cała świta. Kobiety w strojach a’la lata 40, włosy ułożone w fale, dopracowany każdy szczegół. Ciężko to opisać, żeby w pełni móc oddać tą atmosferę, zwłaszcza, że wydarzenia typu rekonstrukcja bitwy pod Grunwaldem zawsze mnie śmieszyły. Nie przemawiały do mnie nigdy takie imprezy, ale móc zobaczyć to na żywo to coś zupełnie innego. Zwłaszcza, że było czuć, że żyje tym całe miasteczko.

Widok na Zatokę Pucką