Najfajniejsze rzeczy na Bali:

  • kiedy po 30-godzinnej podróży zamoczyłam nogi w basenie o 2 w nocy u Mitji, Rosjanina, który co roku na 6 miesięcy przeprowadza się na Bali i wynajmuje na Airbnb połowę swojej willi
  • kiedy po 4 dniach doleciał drugi plecak zgubiony przez chińskie linie lotnicze
  • kiedy na tyłach absolutnie zajebistego warungu w Ubud odkryłyśmy salon masażu z taaaaaakim ogrodem, gdzie za godzinny masaż całego ciała zapłaciłam 30 zł zamiast 130 jak we Wrocławiu
  • lokalsi szybko zapamiętywali moje imię – „iga” to po indonezyjsku „żeberka”
  • kiedy mogłyśmy uciec w końcu z Padang Bai i nie zjadły nas karaluchy
  • zapachy ulic w Ubud (dobrego jedzenia, kadzideł, olejku jaśminowego)
  • kiedy w jednym z niepozornych guesthousów w Ubud dostałyśmy śniadanie na miarę osiemnastu gwiazdek Michelin
  • kiedy następnego dnia żegnałyśmy się z gospodarzem tegoż guesthousu, który był najbardziej wyluzowanym stulatkiem jakiego w życiu spotkałam – You have a safe trip and stay in good health and be happy happy and if something wrong you call me.
  • kiedy Aura znalazła sklep, w którym sprzedawali hang massivy i zwariowała, a potem znalazła drugi sklep i zwariowała jeszcze bardziej, ale nie miałyśmy przy sobie 1000 EUR
  • kiedy przestałam się bać skrętu w prawo na skuterze przy lewostronnym ruchu
  • kiedy poznałam w końcu Enno, Indonezyjkę mieszkającą w Dżakarcie, którą Aura poznała lata temu w Bystrzycy Kłodzkiej, bo czemu nie, i która przyleciała do nas na Bali i okazała się naszą dżakarcką mamasitą, dziewczyną o złotym sercu, wspaniałym kompanem i najlepszą przewodniczką przez pierwsze 4 dni naszej podróży
  • kiedy pojechałyśmy do domu Hariego pożegnać się przed wyjazdem do Ubud, a on usmażył nam omlety i zrobił tosty, zapakował jak prawdziwy tata do pudełka na drogę, a potem okazało się, że to wcale żaden kolega Enno z czasów piaskownicy, jak sobie to wyobrażałam, ale chłopak z couchsurfingu poznany w dniu jej przylotu na Bali u którego mieszkała, i który również miał złote serce i ratował nasze tyłki na Flores kilka dni później
  • cisza na polach ryżowych w Tegalalang, kiedy zaczęła się konkretna ulewa, trwała jakieś półgodziny, pola wyludniły się do zera, cisza i deszcz i dwie małe cwaniary na oko 10-letnie, które śpiewały nam piosenkę, a później jedna z nich zabrała nas na świetny spacer
  • spotkanie z panem Ketutem Jiną, komendantem policji niedaleko Uluwatu, który zmusił mnie, żeby zapisać jego numer telefonu, bo w razie czego on nam pomoże i mamy od razu do niego dzwonić JAKBY CO
  • zawsze kiedy jedzenie lądowało na stole. Zawsze.

 

Siedzę i myślę co o tym Bali napisać. Czy olać to pisanie i po prostu wkleić ten milion zdjęć? Mam poczucie pewnego bezsensu jeśli chodzi o pokazywanie zdjęć z podróży, bo i po co – google i tak pokaże szukającym informacji każdy zakamarek (prawie) każdej ulicy na świecie. Oglądam swoje zdjęcia, a i tak czuję, że tylko ja wiem jak tam naprawdę było w tej konkretnej chwili, i że ten moment zatrzymany to jest jakieś kłamstwo na temat tego miejsca i czasu, bo oglądać zdjęcia z Indonezji to jakby jeść nie mając zmysłu smaku. Tam trzeba być, trzeba skosztować, powąchać, pogadać, powłóczyć się, dać się zmoczyć ulewie, która trwa 15 minut, ale dalej jest 30 stopni, powdychać spaliny ze skuterów w Kucie, zaciągać się kadzidłami i olejkami do masażu na każdej uliczce w Ubud, poczłapać na mokrych polach ryżowych w Tegalalang, pokręcić się na hipsterskim targu w Canggu, i tak dalej, i tak dalej.

Znajomi, którzy właśnie planują podróż chyba szybko pożałowali wypytywania mnie o wskazówki, bo buzia nie zamykała mi się przez kolejną godzinę na pytanie o Bali. Odpuszczam więc tutaj jakieś przewodnikowe co i jak typu kiedy jest pora deszczowa na Bali, jaka pogoda w lutym, etc.

Bali jest wspaniałe, z niewielkiego fragmentu wyspy, który widziałam, Ubud i Canggu na samo brzmienie powodują… ech co one powodują… – no, że chciałabym się tam teleportować! Miło było spędzić przełom lutego i marca, który w Polsce uruchamia myśli samobójcze, pod palemką, na skuterze, w prawie pustym i rozklekotanym samolocie na Flores (o czym w kolejnym wpisie z milionem zdjęć) czy w reggae barze na Gili (również w osobnym wpisie). Depresja popowrotowa była wyjątkowo ciężka, ale dalej warto. Chińczycy zgubili nam jeden plecak i byli ogólnie niemożliwi – ale dalej warto! Bekali i pierdzieli przez 11 godzin w samolocie, ale gdybym miała teraz lecieć pod warunkiem, że opcja jest tylko przez Chiny – trudno, dalej warto! Gdybym mogła, pojechałabym tam nawet i rowerem.

Mieszkańcy Bali to w ok. 95%  wyznawcy hinduizmu, a w zasadzie jego balijskiej odmiany. Odwrotnieproporcjonalnie do całej Indonezji, w której hinduiści stanowią ułamek w muzułmańskiej większości. Flores jest z kolei katolickie z domieszką lokalnych wierzeń, a na Gili stoi meczet, otoczony barami serwującymi koktajle z halu-grzybków. Dla przypomnienia – za posiadanie lub przemyt narkotyków indonezyjskie prawo przewiduje nawet karę śmierci. Warto o tym pamiętać zamawiając u kelnera blanta jako dodatek do grillowanych krewetek i dużego Bintanga. Zainteresowanych odsyłam do genialnej książki Elizabeth Pisani – Indonezja Itd. Studium nieprawdopodobnego narodu, która wyjaśnia całą masę takich indonezyjskich niuansów.

OK, chyba trochę przeholowałam z tym wstępem, do brzegu więc. Zdjęcia.