Siedziałam sobie kiedyś latem w Kafe Plaża, gdzie od maja do września rezyduję na stałe, kiedy na plaży pojawiła się dziewczynka: śliczna, czarna, dwumetrowe rzęsy… Pięknota.
 

 

Szturchnęłam łokciem Artura i mówię: – Popatrz na tę ślicznotę, chciałabym jej zrobić zdjęcia. Była akurat na spacerze ze swoim dziadkiem. DZIADKIEM? Jakim dziadkiem, przecież to nie żaden dziadek tylko mój ukochany Profesor z liceum! Od rysowania wzorów chemicznych. Od testów, przed którymi drżała cała szkoła. Od przepytywania „wężykiem”. Od MUCH-ów czyli corocznych konkursów MUzyczno-CHemicznych, dzięki którym trochę dłużej grałam na skrzypcach, zanim zamieniłam je najpierw na kilka lat niczego, a później na aparat. I zrobiłam Ślicznocie zdjęcia, a przy okazji jej Mamie oraz Profesorowi Sz., który umilił mi 4 lata szkoły średniej, bo jest nieprzeciętnym człowiekiem.