W połowie marca wróciłam z pierwszego w życiu wyjazdu do USA, dużą część czasu spędzając w Miami/Miami Beach, zmieniając miejsca co kilka dni (hotele, airbnb). Jazda po Overseas Highway przez Florida Keys, których przejechanie zwieńczył 3 dniowy pobyt na kompletnie odjechanym Key West, gdzie nocowałam w wypożyczonym samochodzie. 5 dni w Nowym Orleanie – moje wielkie marzenie, oznaczone od ogólniaka kategorią „NIEREALNE”. Dreams are for free so dream big.

Każde z tych miejsc to inna planeta i zasługuje na osobny wpis tutaj, który z czasem będę chciała opublikować, chociaż dużo kosztuje mnie zebranie wszystkich opowieści w całość z puentą, o czym wiedzą moi biedni acz udający cierpliwych znajomi, słuchający chaotycznych ochów i achów, bez ładu i składu.

Wróciłam zakochana bez pamięci.
Kompletnie. Absolutnie. W tym dziwnym miksie kolorów, zapachów, wariatów, wspomnień wymieszanych z jetlagową schizą, kiedy łaziłam po pustym Miami o 3 czy 4 nad ranem, budząc się i zasypiając o bezsensowych porach. Wróciłam zakochana w ludziach, ich otwartości, bezinteresownej chęci pomocy na każdym kroku, braku dystansu. Dużo słyszałam o tym, że Amerykanie swój legendarny uśmiech mają przyklejony do twarzy i że to pozory, takie udawanie, cecha kulturowa. Być może. Szkoda, że sami takiej cechy nie mamy tutaj. Za krótki był to pobyt, żeby pisać socjologiczne analizy, ale przypomina mi się często rozmowa z taksówkarzem w Krakowie, z którym gawędziliśmy jak to fajnie, że właśnie dostałam wizę, on jak się okazało pracował kiedyś przez wiele lat w Chicago. Powiedział mi wtedy jedną bardzo fajną rzecz, która dzwoniła mi tam w głowie codziennie – Amerykanie nie lubią utrudniać sobie życia, żyją tak, żeby żyć, żeby było w miarę prosto. Myślę, że kiedy chcesz się do kogoś uśmiechnąć, pomóc mu, zapytać czy wszystko okey – to też sobie to życie upraszczasz, wiedząc, że od innych możesz liczyć na to samo.

Zanim wkleję milion zdjęć pokazujących jak było wspaniale, kolorowo i nierealnie, przytoczę kilka wtop, dzięki którym może ktoś z Was uniknie podobnych i napiszę co warto wiedzieć przed wyjazdem do USA, chciałabym podzielić się paroma historiami, bez których ten wyjazd nie byłby dla mnie tak cholernie istotny. Jeśli byliście w Stanach to wiecie, a jeśli nie to pewnie wielu z Was zastanawiało się, czy to naprawdę jest tak jak w filmach – ktoś podchodzi, zagaduje i za chwilę pijecie kawę. Nie byłam w aż tylu miejscach, żeby generalizować, ale to prawda – u mnie było dokładnie tak jak w filmach. Nie było możliwości, żebym siedząc gdzieś samej nie miała towarzystwa w ciągu kilku minut. Ilość ludzi jaką tam poznałam przytłacza mnie do dzisiaj. I nie musiałam zastanawiać się, czy ktoś patrzy na mnie jak na świra kiedy zagaduję do obcych. Tam wszyscy tak robią. Byłam w domu.

Rozmowy były dla mnie najcenniejszym elementem pobytu w USA. Będąc na miejscu starałam się codziennie notować, żeby nie zapomnieć co mi się przytrafiało, bo faktycznie każdy dzień to była nowa historia. Albo kilka. I każda z poznanych osób jakąś swoją historię mi opowiedziała. Żałuję, że nie mam zdjęć ich wszystkich, więc poniżej znajdziecie tylko kilka portretów wspaniałych ludzi, których tam spotkałam.

Gabriela, Miami Beach
 
Poznajemy się mojego pierwszego dnia na Miami Beach – Gabi pracuje w barze przy basenie w „moim” hotelu. Pochodzi z Węgier, jej mąż z Chorwacji. Od 20 lat mieszkają w Stanach, co roku na wakacje wracając do swoich rodzin w Europie. Mąż Gabi statystował w Grze o Tron, kiedy kręcili sceny w Dubrowniku. Ona biega w maratonach i amerykańskich odpowiednikach polskiego Biegu Katorżnika – m.in. w biegu z przeszkodami Down and Dirty. Na lipiec / sierpień zaprasza mnie do Chorwacji, wymieniamy się telefonami, mailami. W trosce o mój pobyt na Key West, gdzie planuję spać w aucie, upiera się popytać swoich znajomych mieszkających tam o jakiś nocleg dla mnie. Nie chcę. Naprawdę dziękuję. Auto mi wystarczy.
Gabi - Węgierka od 20 lat mieszkająca w Miami Beach. Gabi - Węgierka od 20 lat mieszkająca w Miami Beach.
James i Kelly, Key West
 
Przyjechali na Key West 8 miesięcy temu, pochodzą z Colorado i są przyjaciółmi ze szkolnej ławki. Siostra Kelly, która mieszka na Key West pomogła im na początku, przez pierwsze trzy miesiące mieszkali na łodzi, z której Kelly wpychała Jamesa do wody zawsze kiedy robił siku. Później wynajęli razem mieszkanie i dzielą się rachunkami. James pracuje jako instruktor jazdy na skuterze wodnym i polecam Wam podglądać go na instagramie – @jameshanifin6, jeśli nie wierzycie, że można żyć tak kolorowo i beztrosko, w dodatku w tropikalnym miejscu i jednocześnie najbardziej na południe wysuniętym punkcie Stanów Zjednoczonych.
Widzieliśmy się godzinę wcześniej na poczcie, później spotykam ich niedaleko portu, parkuję rower i fotografuję, podczas kiedy oni robią salta do wody. Od słowa do słowa okazuje się, że oni też widzieli mnie na poczcie, a w ogóle to akurat odbierali paczkę od mamy Jamesa, która przysłała mu ciasteczka.
Kelly sprawdza czy pelikany są pokojowo nastawione i próbuje złapać jednego, ale nic z tego. Rzucamy mu trochę ciastek. Jak będę chciała zamieszkać na Key West to mam dać im znać, pomogą mi się ogarnąć i dadzą nocleg. Kochane dzieciaki. Spotykam ich później jeszcze dwa razy, ja na moim niebieskim rowerku, oni na deskorolkach. Machamy sobie jak starzy kumple, którzy nie widzieli się 10 lat.
James i Kelly - Key WestJames i Kelly - Key WestJames i Kelly - Key WestJames i Kelly - Key WestJames i Kelly - Key WestPrezent od mamy Jamesa - ciasteczka wysłane z KoloradoJames i Kelly - Key WestJames i Kelly - Key WestJames i Kelly - Key WestJames i Kelly - Key West
Travis, Miami / Downtown

Poznajemy się na Masie Krytycznej w Miami. Travis ma różne zainteresowania i oprócz tego, że wydał kilka książek – sprawdźcie jego stronę internetową – to lubi pojeździć sobie w różnych masach krytycznych na całym świecie. Pytał, czy jeździłam na masie w Bydgoszczy. No nie jeździłam. A Travis tak. Oprócz tego był jednym z inicjatorów założenia masy krytycznej w Chicago jakieś 20 lat temu. O umiejętnościach i charyzmie cyrkowca nie będę wspominać, bo zdjęcie wyjaśnia wszystko.

Travis - Miami. Masa krytyczna. Travis - Miami. Masa krytyczna. Travis - Miami. Masa krytyczna.

Claudia, Miami / Little Haiti

ja: Hej, czy mogę Ci zrobić zdjęcie? Claudia: Jasne, ale to jeszcze nieskończone. Może pojedź do Wynwood (wręcza mi kartkę z mapą i zdjęciami murali), znajdziesz tam kilka moich ukończonych prac. ja: Może to dziwne, ale byłam wczoraj w Wynwood i widziałam Twoje murale, tylko tak jakby jeszcze nie wiedziałam, że to Twoje.
Claudia maluje na całym świecie. Jeśli chcecie sprawdzić gdzie jest i co robi, dodajcie ją na fejsie – klik.

Claudia La Bianca - Miami, Little Haiti

 

Amilcar, Miami Beach

Przesympatyczny dzieciak z Wenezueli, przyleciał tu na stypendium sportowe, bardzo chce ściągnąć do Stanów swoją młodszą siostrę, o której mówi, że jest jego księżniczką. Słodkie. Dalsze wspomnienia z wieczoru są nieco mgliste i niejasne.

Amilcar - Wenezuelczyk na stypendium sportowym, Miami Beach.

Mim, Nowy Orlean

Brzydził się wódką, powiedział, że nie pije alkoholu. Następnego dnia spotkałam go bardzo bardzo bardzo pijanego na Bourbon Street. Ale na Bourbon Street nie ma trzeźwych ludzi. 

Mim - French Quarters, Nowy Orlean

Jeden z wielu bezdomnych, Nowy Orlean

Pokazywaliśmy sobie tatuaże i piliśmy razem wódkę. Nowy Orlean to osobny rozdział. Jest dziwaczny i pociągający, ale nie dla każdego. Słyszałam o takich, co się nim brzydzą; ja pokochałam wiele lat temu, wtedy jeszcze czysto platonicznie.

French Quarters, Nowy OrleanFrench Quarters, Nowy Orlean

 

Barman, Nowy Orlean
 

Gdzieś na Bourbon lub Royal Street. Musiałam wypić bardzo drogie piwo, żeby skorzystać z toalety. Piwo było średnie, a klucz wyglądał tak: 

French Quarters, Nowy Orlean

Chris, Nowy Orlean

Polana nad rzeką Missisipi, ciepło, ludzie leżą, biegają psy, ogólny chill. Chris z „sąsiedniego koca” – Chodź, mamy piwo. Mocny argument. Przysiadam się do niego i trójki jego znajomych, jemy krewetki z worka (brzydzę się obierać, więc koleżanka Chrisa odrywa im głowy, ogony i podaje mi samo mięso). Chris odpowiada na moje pytania „Yes ma’am” i „No ma’am”. Kiedy proszę, żeby przestał, bo czuję się staro odpowiada, że w dzisiejszych czasach ludzie nie okazują sobie szacunku, a on lubi okazywać innym szacunek i w taki sposób stara się to robić. Na co dzień buduje rowery cargo, zajmuje się też ratowaniem psów, które biorą udział w walkach. Stara się znaleźć im domy, sam ma ich 14. Nie domów. Psów. Dużo podróżował, również po Europie, co nie jest wcale takie oczywiste dla Amerykanów, którzy rzadko kiedy wyjeżdżają poza granice swojego stanu. Zna kilka języków w tym arabski. Jest dumny, że jako jedyny członek swojej rodziny nigdy nie siedział w więzieniu. To właśnie druga strona Nowego Orleanu, ale o tym kiedy indziej.  

Chris. Nad rzeką Missisipi, Nowy OrleanChris. Nad rzeką Missisipi, Nowy OrleanChris. Nad rzeką Missisipi, Nowy OrleanKrewetki nad rzeką Missisipi smakują najlepiej. Nowy OrleanKrewetki nad rzeką Missisipi smakują najlepiej. Nowy OrleanNad rzeką Missisipi, Nowy Orlean
 

Martin, Nowy Orlean

Pochodzi z Ghany, zatrzymał mnie na ulicy mówiąc, że z tą butelką nie mogę iść dalej. JAK TO NIE MOGĘ?? Proszę pani, na tej ulicy jedyne dozwolone butelki to butelki z alkoholem – mówi. Haha nabrałam się. No tak. Miałam pepsi. Ale w środku była wódka. Martin, w przeciwieństwie do wielu spotkanych osób wie, gdzie jest Polska. Gadamy chwilę o Lechu Wałęsie i papieżu, o tym, że trzeba się uczyć geografii i o tym, że trzeba uczyć się wszystkiego innego, zawsze, całe życie. Święte słowa. 

French Quarters, Nowy Orlean

Gator, Nowy Orlean

Gator to oczywiście pseudonim, nie wiem jak miał na imię, ale tak napisane było na płycie, którą mi dał – Gator Unplugged. Pierwszego wieczoru w The Heat poprosiłam, żeby zagrał dla mnie piosenkę z Blues Brothers – Everybody needs somebody. Drugiego wieczoru zagrał ją od razu kiedy mnie zobaczył. Nie miałam odwagi posłuchać tej płyty od wtedy, od marca. To był dzień lub dwa przed moimi urodzinami kiedy słuchałam go na żywo i pomyślałam, że może kiedy posłucham tego we Wrocławiu, okaże się, że to straszny chłam, że sobie to wszystko podkoloryzowałam, że to mi się może przyśniło. Kilka dni temu z głośników w tej śmiesznej szarej Polsce popłynął cudny głos wspaniałego pana ze speluny The Heat, tak jakby siedział u mnie w mieszkaniu i grał tylko dla mnie tak jak wtedy.
Tego wieczora kiedy zrobiłam to zdjęcie w Mercedes-Benz Superdome odbywał się jakiś mecz koszykówki. Tłumy, policja, korki i opóźnione autobusy. Popatrzcie w telewizor na zdjęciu poniżej, bo to akurat ten mecz. Jeszcze nie wiedziałam, że następnego dnia przechodząc koło hotelu Ritz na Canal Street spotkam Tony’ego Parkera, który chcąc-nie chcąc władował mi się w kadr. Nie, nie znam się na koszykówce, ale dzięki pudelkowi wiem, że jest mężem Evy Longorii. 

The Heat. Gator Unplugged, a tle Tony Parker :)The Heat. Gator Unplugged. The Heat. Gator Unplugged. Przemiły prezent z NOLA - Gator Unplugged

Nie mam wielu zdjęć, które powinnam zrobić tylu ludziom. Wszystkim taksówkarzom z Nowego Orleanu, których wypytywałam o każdą pierdołę, a zwłaszcza temu, który zawiózł mnie po drodze w nocy do jakiegoś fast foodu, i temu, który odwiózł mnie na lotnisko za grosze, miał na desce rozdzielczej dwie biblie i opowiadał mi o swoich dorosłych dzieciach i festiwalach muzycznych w NOLA.

Nie mam też zdjęcia tej śmiesznej pary ze sklepu w Nowym Orleanie – on z Ukrainy, ona z Izraela. I tego spoconego chłopaka, który przerwał bieg na Miami Beach, bo wyglądałam na zagubioną i pytał, czy nie potrzebuję pomocy. I jeszcze Olenki w neonowych kolczykach i okularach – nauczycielki przedszkolnej z Ukrainy, której pierwszym mężem był Polak z Ustrzyk Dolnych. Była jeszcze brodata dziewczyna, która w urodziny stawiała mi tarota na Royal Street. I ochroniarz ze sklepu Rouses, z którym przybijałam sobie piątkę. I Brazylijka Rosangela na obrzeżach Miami, która była sympatyczna, ale jej dom był przerażający, a dzielnica straszna. I Diaz, pilot z Brazylii, który chciał zacząć pracować w zawodzie w USA, ale potrzebował jeszcze jakiś dodatkowych licencji. I Maria, dziewczyna z Francji, która zapytała czy mam zmywacz do paznokci (polish remover), a ja z poważną miną zapytałam – czy ty mnie właśnie obraziłaś? Skumała po chwili. I jeszcze… I…

Zobacz podobne wpisy: